„Właśnie to zrobiłem.”
Wyglądało, jakby kilku żołnierzy miało się zaraz udusić.
Mark podszedł bliżej. „Otwórz tę cholerną torbę”.
Claire stała nieruchomo.
Coś elektrycznego przebiegło przez powietrze.
Wtedy Mark sam chwycił torbę i rozpiął zamek błyskawiczny.
Cały park maszynowy zdawał się wciągać powietrze.
W środku nie było żadnych kosmetyków, śmieci ani papierów od wykonawców.
Była tam złożona czarna kurtka.
Apteczka polowa była tak kompaktowa i droga, że większość mężczyzn nigdy nie widziała jej w katalogach zewnętrznych.
Wytłumiony futerał na broń boczną z dokumentami autoryzacyjnymi, na których znajdowały się oznaczenia, których nikt z obecnych nie zrozumiał.
A pod nim—
Zniszczona skórzana teczka.
Torba wyślizgnęła się, gdy Mark szarpnął i uderzyła o beton, otwierając się.
Wyciekło kilka fotografii.
Jedno przedstawiało Claire młodszą, szczuplejszą, klęczącą w pustynnym pyle między dwoma mężczyznami w cywilu, wszyscy trzej brudni i półuśmiechnięci z jakiegoś nieoczekiwanego żartu. Inne pokazywało zburzony budynek szkolny i sylwetkę helikoptera widoczną za dymem. Trzecie przedstawiało sześć twarzy złączonych ramię w ramię, każda z ponurym wyrazem twarzy.
Z tej szóstki przeżyła tylko Claire.
Było to oczywiste, gdy spojrzało się na czarne linie ukośne biegnące przez pozostałe fotografie i na daty wypisane pod nimi.
Śmiech ucichł tak szybko, że stał się niemal fizyczny.
Mark pochylił się, podniósł jeden z papierów z teczki i zmarszczył brwi. „Co to, do cholery, jest?”
Miało to być szyderstwo.